Klub Filmowy "Kinoteka" zaprasza jak co miesiac na dyskusję o filmie. Styczeń zaplanowano jako miesiąc "Robin Hooda"...
Najpierw będzie projekcja obrazu Ridley'a Scott'a, potem dyskusja. A wszystko w Sali Cysterskiej już 14 stycznia o godzinie 17:00. Wstęp wolny!
Ridley Scott to reżyser, który dzięki realizacji tak doskonałych filmów jak "Obcy: Ósmy pasażer Nostromo" oraz "Łowca androidów" zapewnił sobie trwałą i wysoką pozycję wśród twórców światowej kinematografii. Obrazy Scotta wyróżniają się ciekawymi i oryginalnymi zdjęciami a także niesamowitym nastrojem w kreowaniu którego artysta jest prawdziwym mistrzem. W dużej mierze umiejętność tą zawdzięcza swojemu wykształceniu, które oprócz edukacji filmowej obejmowało również grafikę malarstwo. Swój pierwszy film Scott zrealizował jeszcze podczas nauki w Royal Academy of Art. Po jej ukończeniu, z wyróżnieniem, artysta wyjechał na roczne stypendium do USA, gdzie pracował przy realizacji filmów dokumentalnych. Po powrocie do Anglii Scott został zatrudniony w telewizji BBC, gdzie bardzo szybko awansował na stanowisko niezależnego reżysera. W 1967 r. artysta opuścił telewizję i otworzył swoją własną firmę Ridley Scott Associates, która w szybkim czasie stała się jedną z najważniejszych firm tworzących reklamy dla potrzeb telewizji. Przez kolejnych 10 lat Scott zrealizował około 2000 reklam, z których wiele zostało nagrodzonych. W 1977 r. artysta zdecydował się zadebiutować jako reżyser filmowy. Zrealizował wtedy obraz na podstawie powieści Joedpha Conrada pt. "Pojedynek". Film został dobrze przyjęty przez krytykę a Scott otrzymał nagrodę za najlepszy debiut na festiwalu w Cannes, ale niestety mimo sukcesów artystycznych okazał się finansową klapą. Na szczęście Scott się nie zniechęcił i w 1979 r. zrealizował jeden ze swoich najlepszych filmów "Obcy" Ósmy pasażer Nostromo". Obraz stał się wielkim przebojem po obu stronach oceanu (do dnia dzisiejszego doczekał się jeszcze 3 kolejnych części) a nazwisko Scotta zaczęło być znane. Trzy lata później powstaje "Łowca androidów", film, który mimo początkowych niepochlebnych recenzji dziś uważany jest za jeden z najwybitniejszych obrazów SF w historii kina a przez wielu uważany jest za kultowy (w tym przypadku nie jest to nadużycie tego słowa). Kolejne filmy Scotta nie były już tak dobre i trzeba było czekać aż do roku 1991, kiedy powstała "Thelma i Louise" aby nazwisko reżysera pojawiło się ponownie na "pierwszych stronach gazet". Film był ogromnym przebojem i na całym świecie wzbudził nie tylko zachwyt krytyków, ale również wiele kontrowersji. Rok później Scott zdecydował się na realizację widowiska historycznego i nakręcił epicką opowieść opowiadającą o odkryciu Ameryki przez Krzysztofa Kolumba pt. "1492: Odkrycie raju". Niestety film ten okazał się kompletną klapą i nie spodobał się ani widzom ani krytykom. Podobnie było ze zrealizowanym 4 lata później "Sztormem", który również okazał się finansową klapą. W 1997 r. Scott zrealizował "G.I. Jane", bardzo kontrowersyjny film opowiadających o kobiecie w amerykańskich oddziałach specjalnych a trzy lata później nakręcił doskonałego "Gladiatora".
Poniżej recenzja filmu autorstwa
Jakuba Sochy, redaktora działu filmowego w „Dwutygodniku".
"Ridley Scott pokazał spryt. Zamiast zastanawiać się, jak zdekonstruować opowiedzianą już setki razy, trochę nieświeżą historię Robin Hooda, faceta w rajtuzach, który albo ugania się za lady Marion, albo lata po lesie z szeryfem z Nottingham, postanowił nakręcić prolog do właściwej opowieści. U niego idzie to tak: Robin Hood jest łucznikiem, może nie takim zwykłym, bo przecież zdarzają mu się epizody iście bohaterskie, ale też nie jakimś herosem. Pracuje dla króla Ryszarda, z którym włóczy się po świecie i podbija kolejne miasta i grody. Jednak przesadnie wielkim uczuciem króla nie darzy. Gdy ten ginie od strzały wystrzelonej przez francuskiego kucharza, Robin bez sentymentów i bez dwóch zdań postanawia opuścić szeregi armii. Zabiera ze sobą trzech kumpli i rusza do domu, po drodze jednak jest światkiem zamachu na sir Roberta z Locksley, który wiezie do Anglii koronę zmarłego króla. Przyszły brytyjski Janosik likwiduje zamachowców i podszywając się pod zmarłego w zasadzce szlachcica, rusza do domu. „Są konsekwencje", jakby powiedział klasyk. Łucznik, człowiek z ludu, wpada w sam środek wielkiego świata, w meandry wielkiej polityki.
Dla Robina nie jest to jakiś wielki problem. Choć nie zna ani dworskiej etykiety, ani łaciny, choć nie ma za sobą ani wielu lektur, ani wielu szkół, łatwo odnajduje się w spektaklu, łatwo przychodzi mu rozmawianie jak równy z równym z królami, wygłaszanie podniosłych mów w bronie praw obywatelskich. Skąd ta śmiałość, inteligencja i świadomość tego, jakich zmian potrzebuje państwo? Proste - to zasługa genów. Gdy tylko Robin dowiaduje się od życzliwego starca, że jego ojciec, choć był zwykłym czeladnikiem, parał się również filozofowaniem i obmyślaniem na wiele lat przed Thoreau, czym powinno być „obywatelskie nieposłuszeństwo", z miejsca odkrywa, a potem przyswaja swoje prawdziwe ja - utajoną bohaterskość i szlachetność oraz nieprzeciętne zdolności retoryczne. To stwarzanie siebie na nowo Robina, które obywa się praktycznie bez żadnego wysiłku i bez żadnego namysłu, sprawia, że trudno uwierzyć w jego autorytet, a tym samym w jego mit. Jeżeli ktokolwiek w „Robin Hoodzie" jest postacią mityczną, to chyba tylko ojciec Robina. Jego syn po prostu ślepo odwołuje się do jego autorytetu.
Jedno jednak filmowi Scotta trzeba przyznać: w sposób prościutki i może nawet niechcący, dotyka on ważnej, podnoszonej przez filozofów kwestii, czyli tego, że mit jest w dużej mierze dzieckiem potrzeby. W filmie potrzebującymi są ci wszyscy, do których ojciec Robina, a później on sam, kierują słowa: „Wstańcie, wstańcie, by z owiec przemienić się w lwy". Choć adresatami tej frazy są „niewidoczni": pogardzani, wykluczani, niemogący zabrać głosu, jej ostrze wymierzone jest w kogoś innego - w cały opresyjny aparat władzy. Tego typu antysystemowe i rewolucyjne postulaty głoszone w filmie zrobionym za grube miliony, niejako w jądrze Babilonu, są oczywiście śmieszne (niektórzy pewnie by powiedzieli: cyniczne), są pustym znakiem. Po obejrzeniu najnowszego dzieła Ridley'a Scotta nikt nie zamieni się w lwa albo nie ucieknie do lasu, by tam rozpocząć swój podkop albo wykop. Nie znaczy to jednak, że „Robin Hood" jest filmem złym. Wręcz przeciwnie, brytyjski reżyser udowadnia w nim po raz kolejny, że potrafi opowiadać. W odróżnieniu od takiego Guya Ritchiego, który w niedawnym „Sherlocku Holmesie" zamiast zajmować się fabułą, zajmował się wyłącznie sobą i robił wszystko, by świat odkrył, jaki z niego narcyz, autor „Pojedynku" koncentruje się na historii. I mimo że w filmie skaczemy nieustannie między plenerami, między kolejnymi postaciami, mniej i bardziej znaczącymi, nic tu nie jest przypadkowe, zbyteczne, pozostawione samopas. Oczywiście, „Robin Hood" w niczym nie przypomina najlepszych filmów Scotta. To zgrabnie nakręcone, świetnie zagrane, ale poczciwe kino. Miałem jednak prawdziwą frajdę z obserwowania moich ulubionych aktorów (Russel Crowe, William Hurt i oczywiście Cate Blanchett), którzy chodzą w średniowiecznych strojach po angielskich kałużach i „bawią się w powietrze".
tagi: film, biblioteka, klub filmowy, kinoteka,
11 września świat jakby przystaje… To dzień wspomnienia o tych, którym seria czterech ataków terrorystycznych, przeprowadzonych rano ,we wtorek, 11 września 2001 roku ,na terytorium Stanów Zjednoczonych ,za pomocą uprowadzonych samolotów pasażerskich, odebrano życie. To dzień w jakim wielu ponownie opłakuje małżonków, dzieci, znajomych.
Młodziutka ,a jednak nad wiek dojrzała w swoich wypowiedziach. Niezwykle skromna przy tym w sposobie bycia. Mając „naście” lat oczarowała swoim oryginalnym niskim głosem Kubę Wojewódzkiego, Agnieszkę Chylińską, Macieja Maleńczuka a także Piotra Rubika, który nie wyobrażał sobie własnej nowej płyty bez jej udziału. Określana jako niezwykły talent i nadzieja na przyszłość. Zakochana w muzyce od zawsze.
Ostatnie wybory samorządowe nie były zbyt łaskawe dla Ryszarda Wawryniewicza, byłego wicestarosty świdnickiego. Społeczne „”nie” pozostawiło go …bez pracy. Jednak… Pan Wawryniewicz nie musi już dbać o swoje zatrudnienie. Jest Prezesem Spółki Inwestycje Świdnickie. I to on pokieruje pracami budowy Parku Wodnego w Świdnicy.
Można już typować pierwsze spotkania. Po raz pierwszy w kilkuletniej historii naszej zabawy będziemy typowali wyniki meczów I ligi. Wszystkie pozostałe zasady są takie same, jak dotychczas.
Rozpoczął sie już nowy sezon judo w UKS „JUDO” Świdnica, w jakim stworzono nowe grupy dla dzieci i młodzieży.